Czy chce Pan porozmawiać o Jezusie?

Czy ktoś jeszcze się zastanawia nad istnieniem Boga?

Otóż tak.
Widzisz tych ludzi codziennie, jeżeli spacerujesz po mieście. Jedni afiszują się bardziej, stojąc przy wózeczkach z ulotkami i biuletynami, zawierającymi najważniejsze pytania i informacje. Inni chętnie cię zagadują znienacka, stojąc w najbardziej popularnych miejscach.
Będziesz na tyle ciekawy i przystaniesz?

Raczej nie.
Zawsze znajdzie się jakaś wymówka, cel, do którego „się spieszysz” lub zwyczajnie ignorujesz taką osobę, przechodząc bez słowa. Co nie jest niczym złym, przecież wszyscy tak robimy.

Wczoraj spotkała mnie taka sytuacja.
Szedłem przez plac Zamkowy, obserwując uroki miasta, a ponieważ szedłem znacznie wolniej od innych, byłem łatwym celem. Podszedł do mnie mężczyzna, na oko 40 lat, ubrany w zwykłą sportową koszulkę i jeansowe spodenki. Generalnie – niczym się nie wyróżniał. Spytał, czy mam chwilę, a że miałem ich całkiem dużo, nie zamierzałem kłamać.

I wtedy zapytał mnie o Jezusa.

Umówmy się. Wszyscy lubimy dyskutować o religii. Nieważne, jak bardzo różne są nasze poglądy, jest to jeden z topowych tematów naszych rozmów. Tylko dlaczego tak bardzo dusimy się, gdy zagaduje nas o tym ktoś nieznajomy?

Rozmowa nie należała do przyjemnych. Nie dlatego, że człowiek ten próbował na siłę wpoić mi ewangelię i przekonać do wiary ani dlatego, że jego ton był zbyt angażujący. Nie. Wszystko przez uprzedzenia.
Przez niechęć do osób, które zaczepiają cię na ulicy, łamiąc twój wewnętrzny spokój i kierunek wędrówki. I oczywiście przez to, czego się nasłuchaliśmy od innych, przez to, co urosło w naszych głowach do stopnia stereotypu.

Szczerze? Nie słuchałem do końca tego, co miał mi do powiedzenia ten mężczyzna. Nie dlatego, że nie chciałem. Naprawdę próbowałem się skupić, ale mój umysł zwyczajnie już dawno pozamykał się na tego typu rozmowy. Zwłaszcza z obcymi.

W zamian, skupiłem się na czymś innym. Zacząłem się zastanawiać nad rolą tego człowieka. Jakimi motywacjami się kieruje, że jest na tyle zdeterminowany, aby stać cały dzień w słońcu i próbować przemówić do tłumu, który w większości go zignoruje, nie dając nawet dojść do pojedynczego słowa.
Przecież nie może być aż tak naiwny, pomimo swojej wiary, ufając, że kogoś przekona.

A jednak to robił.

I wiecie co? W tej krótkiej chwili zacząłem doceniać jego odwagę. Próbowałem postawić się na jego miejscu i zdałem sobie sprawę, jak ciężko jest współcześnie być wierzącym. Każdy stawia pytania, ale już mało kto na nie odpowiada.
A co dopiero zachęca, aby tę wiedzę nam przybliżyć.
Za darmo. Podczas krótkiej rozmowy, wyrwanej ze spaceru.

Na koniec spytał, czy może się za mnie pomodlić. Zawsze tak robią, taka jest „procedura”.
Zgodziłem się, ale nie chciałem, żeby robił tego przy mnie. To było dla mnie za dużo.

A dzisiaj?
Niewiele się zmieniło. Oprócz tego, że pisząc to, rzeczywiście trochę się zastanawiam. I mam wątpliwości.

Wątpliwości to już naprawdę ogromny krok naprzód.



Related posts