Książka, która zmieniła moje życie

Fajnie byłoby mieć mnóstwo obowiązków, wypełniać je przez cały dzień i nie uważać ich nawet za obowiązki: całymi dniami, całymi tygodniami, całymi miesiącami nie musieć myśleć o sobie. Nosić stare łachy, nie malować się i nie robić wciąż dobrej miny.

Kompleks Portnoya, Philip Roth 

Nie zliczę już, ile książek przewinęło się przez moje dłonie w moim dotychczasowym życiu. Ani godzin czy zarwanych nocy, gdy fabuła wciągała mnie na tyle, że każda kolejna herbata, którą specjalnie robiłem pod czytanie, była coraz zimniejsza. 

Zawsze starałem się dotykać różnych gatunków, próbować kunsztu pisarskiego zarówno z naszej ojczyzny, jak i odległych nam krajów, sięgać po literaturę o lżejszym lub cięższym kalibrze, by z powoli rozwijającą się pasją całkowicie odlecieć w świat poezji.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak dużo tekstu, który wchłonęliśmy, czy postaci, z którymi przeżywaliśmy najśmielsze przygody, wpłynęły na to, jakimi wartościami kierujemy się w naszym postępowaniu.

Oczywiście, każdy pewnie mógłby na głos wymienić chociaż jednego bohatera, z którym się utożsamia i do którego może nawet od czasu do czasu wraca, by jeszcze raz spojrzeć na otoczenie z jego perspektywy.

Książki mają niebywałą moc sprawczą i jeżeli dobrze potrafimy zarządzać naszą wiedzą wyniesioną z czytania, jesteśmy w stanie osiągnąć znacznie więcej, a przede wszystkim- odczuwać multum bodźców, które daje nam paleta emocji zawarta na milionach stron papieru.

Miłością do czytania zostałem obdarowywany już od najmłodszych lat, gdy jeszcze nie rozumiejąc znaczenia większości słów, podsuwano mi pod nos dziesiątki bajek, z których najbardziej pamiętam te braci Grimm. 

I już nawet nie chodziło o samą sztukę czytania, lecz o rozwój wyobraźni, którą budowały składane na kilka razy kolejne zdania, by zamieniać się w długie, niebezpieczne historie, przenikające następnie umysł dziecka w niezliczonych zabawach i psotach.

Prawdziwy bakcyl jednak został złapany w szkole i nie mam tutaj na myśli lektur, które były obowiązkiem każdego ucznia, lecz odkrycie magicznego miejsca, zwanego “biblioteką”.

Zapach książek, który stamtąd płynął, ostatnio stał się nawet rozkoszną wizją tego, by wytworzyć z niego specjalne perfumy (co w połączeniu z aromatem powietrza po burzy mogłoby stać się nowym afrodyzjakiem dla skóry i węchu).

Regały były jak liany lub gałęzie drzewa, po których marzyło się wspinać, by sięgać krain, które ludzkie oko prawdopodobnie nigdy w życiu nie doświadczy.

Nie było nic bezpieczniejszego w dotyku od grzbietów książek i nic bardziej strasznego od krzyków, które można było wyczytać z ich treści.

Nutkę tajemniczości zawsze mogły dodać pył i kurz z zapomnianych powieści czy surowe okładki i przeżółkły papier, na którym gdzieniegdzie zatarły się stare maszynopisy.

Apogeum natomiast stanowiła ta jedyna w swoim rodzaju cisza, którą można zaznać jedynie w świętym miejscu czytelni, gdzie każdy szmer czy szurnięcie krzesłem traktowano prawie jak zbrodnię.

Najwięcej czytałem, gdy byłem chory (co w późniejszym okresie było czasem nadużywane z mojej strony), a że skutkowało to niezdolnością do wyjścia z domu, wybór lektur należał do mojej mamy, której zawdzięczam kolejną ważną cegiełkę wbudowaną pod fundamenty mojej osobowości.

Wszystko na dodatek działo się w czasach, gdy narodziła się era Pottera i jestem w stanie bez zastanowienia wybaczyć tej najważniejszej kobiecie w moim życiu fakt, że fabułę zacząłem od trzeciej części.
Tym bardziej, że ta sama osoba wprowadziła mnie w kolejny epicki świat Władcy Pierścieni, Eragona, Opowieści z Narni i wielu wielu innych magicznych historii, tak bardzo potrzebnych w czasie, gdy młody umysł był podatny na masę głupot i ułomności wieku dojrzewania.

Jest jednak książka, która całkowicie odmieniła moje życie i do dzisiaj się zastanawiam, jak to możliwe, że wpadła (żeby tylko) w moje ręce, a co dopiero w umysł. 

Fakt, że wracam do niej po niemalże 9 latach od czytania, świadczy o tym, jak silne na mnie wywarła wrażenie, chociaż doskonale wiem, że osobiście nie śmiałbym wręczać jej niedorozwiniętemu emocjonalnie dwunastolatkowi.

Podejrzewam także, że gdybym zabrał się do tej powieści w czasie, w którym teraz piszę, nie zdziwiłaby mnie aż tak jej treść i przesłanie, jakie ze sobą niesie. 
A już na pewno nie czułbym tego samego wstydu i strachu przed tym, że któryś z dorosłych nakryje mnie na czymś tak nieodpowiednim dla dzieci.

“Kompleks Portnoya” Philipa Rotha jest dziełem dość intensywnym, łamiącym tabu o seksualności, pokuszającym się szerokim opisom erotyzmu, w tym autoerotyzmu i dotykającym neurotycznej strony mężczyzny. 

Błędem jednakże byłoby ujmowanie tej książki tylko w tych ramach, ponieważ doskonale pogłębiona analiza męskiego sposobu myślenia, konstatująca o tożsamości i wpływie religii czy obyczajów, relacji z rodziną oraz środowiskiem, w dodatku napisana w sposób ironiczny, świadczy jedynie o tym, jak inteligentną obserwacją popisał się jej autor.

Wypływająca mądrość i tematy zakazane, o których niewiele się mówi, sprawiają, że zostaje poruszona najintymniejsza część mężczyzny, nieważne jak dwuznacznie to brzmi.

Nigdy nie zastanawiałem się nad “śladem”, jaki zostawił na mnie główny bohater, ani nad tym, czy jego kompleksy przeszły na mnie, lecz sama frajda czytania, podczas której o mało nie spłonęła mi twarz przez wypieki na twarzy, czyni ten tytuł czymś bardzo wyjątkowym i stawia go na najwyższej półce mojej metaforycznej biblioteczki.

Powieść Rotha był także krokiem milowym dla mojego dalszego funkcjonowania, podczas którego nabrałem nowej świadomości, co do istnienia pewnych rzeczy, a tym bardziej do myślenia o literaturze, którą, kto wie, być może miałbym dopiero poznać.

Uzupełnieniem niech będzie cytat z innej książki tego samego autora:

Jeszcze nigdy nie musiałem dorastać w takim tempie.

Spisek przeciwko Ameryce, Philip Roth 

Chociaż może słowo “musiałem” w tym wypadku zastąpiłbym “chciałem”, bo od tamtej pory już nic nie mogło stanąć mi na drodze w (uwaga, adekwatnie do Portnoya) penetracji następnych dzieł spod rąk mistrzów pióra i klawiatur.