Pianie kogutów, płacz psów. Wojciech Tochman

Ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera. Świat jasno oświetlony nie jest dla reportera tematem.

Jest kilka nazwisk autorów, których prawdopodobnie nie da się pominąć, chcąc pogłębić swoją wiedzę o reportażach. Jednym z nich jest Wojciech Tochman.

„Pianie kogutów, płacz psów” to pierwsza pozycja z jego dorobku, z jaką miałem do czynienia, lecz na pewno nie ostatnia. Jeżeli każda z wcześniejszych jest tak samo dobra i tak samo chwyta (za przeproszeniem) za jaja, to cholera – warto je czytać.

To nie jest książka, którą przeczytacie sobie na spokojnie, do niedzielnej kawki na balkonie, w ciepły, słoneczny dzień. Możecie spróbować, ale wtedy nad waszym słońcem świadomości zajdą ciemne chmury, wiatr rozleje kawę, a was samych położy na ziemię, niczym po niespodziewanym uderzeniu pioruna.

Tochman przenosi nas do Kambodży, do czasów współczesnych, starając się przyjrzeć społeczeństwu i jego kulturze kilkadziesiąt lat po tym, gdy krajem zawładnęli Czerwoni Khmerzy na czele wraz ze swym komunistycznym liderem – Pol Potem.

Narracja jest tak całkowicie wyzuta z emocji, że aż niemożliwa.
Język jest surowy, ostry, wręcz przeszywający. Sam autor praktycznie nie odsłania się, pozostawiając fabułę do opowiedzenia swoim bohaterom.

Łzy? Zgubiłam łzy, zanim mi pierwsze dzieci pomarły. Nie płakałam, kiedy nieśli ich ciała na wzgórze. Nie płakałam po mężu. Nie płakałam po mamie. Wiedziałam, że powinnam, ale łez nie miałam. Nie potrafiłam ich znaleźć. Do dzisiaj nie wiem, gdzie łzy mi się podziały. (…)
Płacz to wyraz słabości, ludzie tutaj na słabość nie mogą sobie pozwolić. Na chwilę bezradności. Ludzie są biedni, pracują od rana do nocy, krzątają się, żeby przeżyć. Ubogi, który płacze, zginie. Płacz jest luksusem. Samobójstwem nędzarza.

Wojciech Tochman, „Pianie kogutów płacz psów”

A bohaterów jest sporo. Opowiadają różne historie, wszystkie tak samo ciężkie i mogące dać się streścić do kilku kluczowych słów – strach, bieda, bezradność. I co gorsze – zapomnienie.

Bo ludzie nie chcą pamiętać tego, co stało się z nimi i ich rodzinami, przyjaciółmi czy sąsiadami. Często nie chodzi nawet o niechęć do wspomnień, tylko o brak czasu nad refleksją.
Ludzie w Kambodży każdego dnia muszą ciężko pracować. Żeby mieć co zjeść. Żeby nawet w najmniejszy sposób móc pomóc najbliższym. Żeby przeżyć.
Kto by tam chciał się znów poświęcać, żeby rozdrapywać stare rany?

Kiedy zabijanie się skończyło, wszyscy wrócili do siebie. Dzisiaj Khmerzy nie wiedzą, kim był wtedy ich sąsiad, mordercą czy ofiarą. Co robił w czasie Pol Pota? Mówi, jeśli w ogóle coś mówi, że cierpiał, głodował, umierał. Wszyscy tutaj umierali. Kto torturował? Kto życie odbierał? Nie wiadomo. A jeśli już coś wiadomo, coś wyjdzie na jaw, to zawsze jest ta sama gadka: ja tylko wykonywałem rozkazy, ja tylko zawiązywałem ludziom oczy, ja tylko ich fotografowałem na chwilę przed końcem. Ofiara! Katów w Kambodży nie ma, choć są wszędzie dookoła. Kaci żyją między ocalałymi. Albo w ocalałych. W jednym ciele i kat, i ofiara. Widują się codziennie. Na ulicy, na bazarze, w pracy, w lustrze.

Wojciech Tochman, „Pianie kogutów, płacz psów”

Obrazy, jakie uderzają najbardziej, to brak dostępu do powszechnej opieki zdrowotnej, szczególnie tej psychologicznej, przez co wiele osób w dalszym ciągu pozostaje w więzieniach swoich własnych umysłów. A nawet w tych prawdziwych, materialnych klatkach. Zamknięci przez własne rodziny.

Innym istotnym czynnikiem jest bieda. Bieda przekładająca się na fatalne warunki zamieszkania, głód i pragnienie, niską żywotność dzieci i ogólną długość życia.

Kto czytając, dojdzie do opisu „góry”, ten nigdy nie będzie już taki sam.

To także brak dostępu do edukacji, przez co wiele osób w dalszym ciągu nie potrafi pisać i czytać, w konsekwencji będąc mniej świadomych istotnych zagrożeń.

„Pianie kogutów, płacz psów” jest reportażem-lekcją, choćby taką samą jak doświadczenia Holokaustu, o tym, jakiego świata należy nie tworzyć, do jakich ideologii nie sięgać oraz jak nie być ślepo zapatrzonym we władzę, która stara się zniszczyć w nas człowieczeństwo.

Tak, jakby to powiedział Edward Stachura:
„Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz mniej”.

Related posts